Opowiadania erotyczne :: Przyszedłem dokonać zapłodnienia

Zza drzwi łazienki słyszał szum wody napełniającej wannę. Z tego, co widział przez matową szybkę, żona dopiero zabierała się do zdejmowania garsonki - miał czas. Dzieciaki przed półgodziną zabrał dziadek; teraz zapewne dojeżdżał już z nimi do swego domku na peryferiach miasta. Mógłby odjechać z nimi wcześniej - przybył późnym popołudniem - ale odczekał, aż wnuki odrobią lekcje (zawsze na to nalegał). Był piątkowy wieczór; cały nadchodzący weekend, może z wyjątkiem niedzielnego popołudnia, mieli wyłącznie dla siebie. Żadnego tam cichego spółkowania w małżeńskim łożu "na łyżeczkę", bez gwałtownych ruchów, żeby sprężyny nie zaskrzypiały; mogli to robić jak chcieli i gdzie chcieli, nawet w pokoju dziesięcioletniej córki.
Spojrzał w okienko raz jeszcze. Ściągała już majtki, by - zgodnie z wieloletnią rutyną - zakończyć striptiz rozpięciem zapinki stanika. Na to czekał - sam od chwili nie miał już na sobie ubrania. W momencie, gdy biustonosz wylądował na pralce a kobieta schyliła się, by zakręcić kran, pociągnął za klamkę.
- Co tu robisz? - Spojrzała przez ramię z zaskoczeniem, może rozbawieniem.
- Przyszedłem dokonać zapłodnienia - wycedził. Wiedział, jak podnieca ją taki medyczny język. Ona nigdy nie chciała się "kochać", "bzykać", czy nawet "pieprzyć"; ona miała ochotę na "akt kopulacji".
Zastygła pochylona, jej szerokie, stworzone do macierzyństwa biodra uwypuklały w tej pozie krągłość pośladków; pełne, lekko już obwisające piersi kołysały się nad lustrem wody. Podszedł i objął kobietę. Odpowiedziała cichym, aprobującym jękiem. Ujął w dłonie jej miękki biust - niegdyś twardy i jędrny, potem rozmiękczony dwukrotnym karmieniem - a sam przywarł do jej pupy. Nie rajcowało go zbytnio całe to "robienie laski", za to jego ulubioną formą gry wstępnej było ocieractwo... Pieszcząc jej sutki powolnym zataczaniem małych kółek, wypraktykowanym przez dwadzieścia lat związku, czuł, jak szybko twardnieją; jednocześnie, w tym samym rytmie pocierając członkiem o tyłek żony, przygotowywał się do wejścia w nią.
Jej westchnienia, coraz dłuższe i niższe, świadczyły, że i ona przygotowuje się na przyjęcie gościa, jeszcze przed chwilą niespodziewanego. Nie przestając pieścić jej sutka jedną dłonią, drugą zszedł po jej miękkim brzuchu między pulchne uda - było tam już wilgotno. Jego palce przez parę chwil gładziły wydepilowane wargi i nabrzmiałą łechtaczkę, by zaraz wśliznąć się do środka. Płynnymi poruszeniami zapowiadał to, co miało nastąpić.
- Jestem gotowa do immisji - jęknęła, rozkosznie wyginając głowę do tyłu. Z ciekawości sprawdził kiedyś w słowniku i rzeczywiście, oprócz prawniczych definicji, słowo "immisja" miało też znaczenie seksuologiczne: "wprowadzenie penisa do pochwy w celu odbycia stosunku". Czuł, że jest gotowa. Szybko jej to poszło, nawet jak na jej temperament, którym zaskakiwała go od początku, a który z wiekiem jeszcze wybujał. Zaskoczenie to jednak silny afrodyzjak! - A ty?
Parę szybszych ruchów i on również był gotowy - pomyśleć, że dwadzieścia lat wcześniej dla niego mogłoby już być po wszystkim! Delikatnie odciągnął ją od krawędzi wanny. Wśród jej ulubionych pozycji była i taka, która ponoć bardzo ułatwia spłodzenie dziecka, ale za to wymaga trochę przestrzeni.
Opuścił ją na kolana - zrozumiała, oparła łokcie o podłogę. Kiedy klękał za nią, jej wypięte biodra czekały na niego, już odruchowo kołysząc się w przód i w tył. Wsunął żołądź między wargi i powoli wszedł. Nie było tam tak ciasno, jak kiedyś; dwa porody troszeczkę rozciągnęły jej wnętrze. A jednak cudownie było znów tam być bez izolującej ich od siebie prezerwatywy, nie mówiąc o przytłumiających libido żony pigułkach (które zresztą odstawiła kilka lat wcześniej, odkąd nie był już w stanie robić tego z nią codziennie). Naparł lekko i ustąpił; jęknęła w sposób, który tylko komuś nie znającemu jej od tej strony mógłby skojarzyć się z bólem. Spróbował sobie wyobrazić jej dojrzałe, czterdziestoletnie ciało jeszcze raz zmienione ciążą - dziewięciomiesięczny brzuch, dołem sięgający niemal do łona, prawie już gotowy do wydania dziecka na świat; powiększone sutki z brodawkami przekształconymi w przygotowane do karmienia smoczki - i ta wizja podnieciła go dodatkowo. Przytulił się do jej wygiętego grzbietu i spróbował unosić lekko biodra, tak, jak lubiła. Jej uda i pośladki rytmicznie wychodziły na spotkanie jego udom i brzuchowi; jej oddech, ciche jęki, półświadomie wyrzucane słowa, następowały po sobie coraz szybciej, a towarzyszyły im coraz mocniejsze skurcze pochwy.
- A... a... ach... szszszczyyytuuujęęę! - zaskomlała, a jej wygięta do tyłu głowa otuliła jego twarz gąszczem kasztanowych włosów. Parę razy jeszcze powtórzyła głośne "ach", ścisnęła jego penisa ostatnim, najsilniejszym skurczem. - No... ejakuluj! No... na co czekasz...?
Próbował, starał się ze wszystkich sił; poruszał się w niej jeszcze szybciej, tak, aż, zdaje się, doprowadził ją do powtórnego, słabszego orgazmu, i choć przez chwilę wydawało mu się, że już, już prawie... nie, jednak nie miał wytrysku. - Nie mogę - wydyszał przepraszająco - nie dam rady...
Pocałował ją w kark. Spojrzał przez jej ramię na wciąż kołyszące się nad kafelkami posadzki dorodne piersi. Wysunął się z niej dopiero kiedy uspokoiła oddech.
- Chyba troszeczkę psiknąłem w trakcie - spróbował ją pocieszyć. - Może to wystarczy? - Położył się koło niej na boku; kafelki wydawały się teraz bardzo zimne.
- Twoja preejakulacja mogła w ogóle nie wyjść na zewnątrz penisa, tak cię ścisnęłam - zachichotała, podnosząc się z podłogi. - To nic, przed nami jeszcze cała sobota i pół niedzieli... - Jej uśmiech przeszedł w niewielki grymas. - Ojoj, muszę wreszcie coś zrobić z moimi hemoroidami. Zawsze mnie po tym trochę bolą, to przez te skurcze podczas orgazmu - poskarżyła się. - No, wstawaj! - wzięła go za rękę i kazała siąść w wannie (woda nawet nie zdążyła za bardzo wystygnąć), sama usiadła na nim tyłem. Po jego erekcji nie było już śladu, a jednak nacisk jej pośladków sprawiał mu przyjemność. To był taki specyficzny rodzaj podniecenia, które do niczego nie prowadząc, jest miłe samo przez się.
- Było cudownie - powiedziała miękko. - I wiesz, to nie takie ważne, czy zajdę, czy nie.
- Myślałem, że oboje tego chcemy...
- Bo chcemy, głuptasie! Ale jeśli to maleństwo nie będzie chciało do nas przyjść, to przecież siłą go na świat nie zaciągniemy! Dlatego nie ma sensu fiksować się tylko na tym. Wiesz, co jest naprawdę ważne?
- Że nadal jest ci ze mną cudownie? - spytał niewinnym tonem, niby od niechcenia bawiąc się jej sutkiem, który znów zaczynał twardnieć.
- Widzisz, jak się dobrze rozumiemy? No, dalej, umyj mi wszystko! - poprosiła filuternie, unosząc się na kolana.
Gdy mydlił jej brzuch, przypomniał sobie o akustyce blokowych łazienek. "Ktoś tam sobie posłuchał!" - pomyślał, spojrzawszy na podłogę i na sufit, ale nic nie powiedział.
100%
8218
Dodał 17.03.2019 14:00
Zagłosuj

Komentarze (0)
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany.

Podobne opowiadania

Ochroniarz wie lepiej

Wydarzyło się to kiedy byłam jeszcze słodką uczennicą liceum. Miałam 18 lat ale moi znajomi pomyśleli byśmy poszli do wypasionego klubu w mieście. Dobra muzyka, alkohol i miło spędzony czas każdy się na to nastawił. Tylko był jeden problem oni mieli dowody a ja nie. Usłyszałam, że coś wymyślą i ruszyliśmy grupką do lokalu. Lokal umiejscowiony był trochę z dala od centrum więc tramwajem trochę jechaliśmy. Gdy byliśmy na miejscu, ze środka dochodziła przyjemna muzyka... Przeczytaj więcej...

Las to za mało Cz.2 - wspomnienie 24

Kolejnego dnia postanowiłam już z rana iśc do bunkra, i tak też zrobiłam. Po śniadaniu przygotowałam plecak z narzędziami, workami plastikowymi, sama zarzuciłam shorty i górną część bikini i popędziłam w stronę bunkra uprzednio zaliczając długi prysznic bo z ekscytacji po prostu pragnęłam czegoś jeszcze i tak skończyłam na pieszczotach pod prysznicem. W południe już stałam przed drzwiami. Kłódka poszła bardzo szybko i otwarły się drzwi do pierwszego pokoju. Ze środka... Przeczytaj więcej...

Prawdziwa przygoda w autobusie.

Kilkanaście lat temu, jeździłam autobusem do pracy około 20 km. Przez 6 lat. Pracowałam na wsi. Uczyłam w szkole. Mąż pracował w mieście. Kierowcy na trasach z reguły byli stali i rzadko się zmieniali. Miejscowość, w której pracowałam była ostatnią, w której wsiadali podróżni, gdyż w następnej wszyscy wysiadali. Tak więc jechałam przez jakieś 7 km sama razem z kierowcą. Mało tego to połowa tej drogi wiodła przez las, w którym to znajdował się parking leśny. Zawsze... Przeczytaj więcej...